Pewnie mało kto kto pamięta, ale tworzyłem kiedyś świat Demoniszcze - nigdy nie wyszedłem jednak poza krótką prezentację i ostatecznie pomysł pogrzebałem, nie wzbudził bowiem zainteresowania. Przy okazji napisałem jednak początek dłuższego tekstu, planowanego może na dłuższe opowiadanie lub mikropowieść, który teraz publikuję poniżej, wzorem innych autorów, którzy na Studnię wrzucili opowiadania. Miłej lektury.






Tomasz Kucza


Droga wojownika


 


1


 


Głuchy warkot wydobył się z gardła Mściwyserca, kiedy wojownik przebudził się wśród popiołów. Poczerniała od ognia ziemia ciągle dymiła, a gdzieniegdzie płonęły resztki domów, wóz na drodze, czy skurczone zwłoki. Z miasta zostały tylko ruiny. Na ocalałych drzewach zebrały się kruki, niecierpliwie czekały aż jadło ostygnie w porannym chłodzie. Wojownik prychnął i przetarł nozdrza wierzchem dłoni. Bambusowe osłony zagrzechotały, kiedy wstał opierając się na mieczu i poprawił napierśnik.


Więc tutaj się udałeś – pomyślał wzburzony. – Miejsce dla ciebie odpowiednie.


Ślina zasyczała w rozgrzanym popiele, kiedy splunął na ziemię. Zmierzył nieprzyjaznym wzrokiem czarne ptaszyska i poboczem drogi skierował się w stronę resztek zabudowań. Wiedział, że prędzej czy później znajdzie Krwiopijcę. Wiązała go z nim więź silniejsza niż śmierć.


Zaśmiał się ochryple, zaiste silniejsza.


Ostatnim co pamiętał, była bitwa ze sługusami Krwiopijcy w Wąwozie Czaszek. Podeszli tak blisko siedziby wampira, tak byli pewni zwycięstwa... Wróg okazał się jednak przemyślniejszy.


Na skraju drogi coś się poruszyło. Mściwyserc położył dłoń na rękojeści miecza. Między kamieniami w ruinach gospody na wzgórzu migotała czarna tkanina. Kawałek szmaty, nic więcej. Odetchnął, ze świstem wypuszczając powietrze, nie rozluźnił jednak ramion, ani nie zdjął dłoni z drewnianej rękojeści. Obszedł mur okalający sczerniałą budowlę.


Zadziałał instynktownie. Ostrze ze świstem rozcięło powietrze. Skulona za murem istota pisnęła cicho i przywarła do kamieni. Czarne włosy opadały na chude ramiona i wydawały się łączyć z kruczymi wyrastającymi z pleców skrzydłami. Nieznajoma patrzyła z przerażeniem – nie na miecz przystawiony do gardła, ale na wojownika.


Chrząknął zakłopotany i schował broń. Nie spuszczał jednak z dziewczyny czujnych oczu. Musiał dowiedzieć się czegoś o tym miejscu, a od kogo lepiej, jeśli nie od tubylca?


Była jeszcze dzieckiem. Czarny, podobny do munduru strój plamiło błoto i zakrzepła krew. Wyglądała na tameja, człowieka, tylko skrzydła nie pasowały. I bladoszara skóra. Mogła mieć dwanaście lat, ale nie znał się na ludziach, nie był pewien. Obserwowała każdy ruch wojownika. Wysoki nawet wśród samirów tak drobnej istotce musiał wydawać się olbrzymi. Wstała, opierając się o kamienie, zmarszczyła brwi. Przez krótką chwilę przypominała Cesarzową – niewysoka, o hardym spojrzeniu – ale za Cesarzową Samiru stały wieki tradycji i majestat władzy. Osóbka, która z przestrachem zerkała na Mściwycerca, była tylko nic nieznaczącym pyłkiem obcego świata.


Powiedziała coś. Nie rozumiał ani słowa. Jak mógł przypuszczać, że w tym miejscu będą znali samirski albo vath? Jasne, że tutejsze ptaszki świergoczą we własnym języku. Ton głosu nieznajomej stał się pewniejszy, wydawało się nawet, że czegoś oczekuje lub… rzuca rozkaz. Zaskoczony uniósł brwi.


Nagle zafurkotały skrzydła. Dziewczynka rzuciła się do przodu. Zadziałały odruchy, sięgnął po miecz. Grube na dwie dłonie ostrze zatrzymało się o cal od gardła istoty. Zastygła w bezruchu, wykrzywiła twarz do płaczu i tego już było dla Mściwyserca za wiele. Opuścił broń i zmieszany przeprosił pod nosem, wiedząc, że i tak nie rozumie.


Ośmielona wyciągnęła rękę i zacisnęła dłoń na palcach wojownika. Zamknęła oczy. Na białym przedramieniu pojawiły się ciemne, przypominające tatuaż symbole. Zawirowały. Szarpnął się, kiedy poczuł jak coś wdziera się do jego umysłu. Chciał krzyknąć, ale obca świadomość zagnieździła się gdzieś za oczami i zdławiła krzyk, zanim wydobył się z gardła. Mściwyserc upadł na kolana. Strużka śliny pociekła z kącika ust samira. Źrenice nieznajomej lśniły pustką, dotyk dłoni wydawał się palić. Nieznośny ból rozsadzał czaszkę wojownika. Raptownie wrażenie obcej obecności zniknęło. Odetchnął, a dziewczynka osunęła się bezwładnie na ziemię. Czarne symbole wtopiły się w skórę i zniknęły.


 


2


 


Rozpalił ognisko w ruinach gospody. Trzy ocalałe ściany zapewniały osłonę przed wiatrem i nieprzyjaznymi oczami. Ułożył nieznajomą ostrożnie na kocu i zagotował wodę na herbatę. Wydobył z mieszka przy pasie starannie przechowywane liście.


W powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach spalenizny. Mściwyserc widział wiele pól walki, ale nigdy całkiem nie przywykł. Potrząsnął z odrazą głową, słysząc krakanie rozochoconego ptactwa. Co ciekawe w ruinach było niewiele ciał. Jakby miasto zostało wcześniej opuszczone albo ktoś pochował trupy. Wsypał herbaciane liście do znalezionych w ruinach cynowych kubków i zalał wrzątkiem. Przykrył naczynia spodkami i odłożył na zmurszałą podłogę.


Jesteś Mściwyserc – usłyszał.


Nieznajoma miała dziwny akcent, ale mówiła zrozumiale. Patrzyła ciekawie na samira. Usiadła na kocu i wstrząsnęła skrzydłami. Oderwane czarne pióro opadło powoli na ziemię.


Skąd wiesz? – zmrużył oczy.


Na przedramionach dziewczynki ukazały się czarne symbole, zawirowały jak mrówki i zniknęły.


Mam darsiłę – wyjaśniła z dumą. – Jestem zwiadowcą.


Używasz naszej mowy – stwierdził wojownik.


Przyswoiłam dużo wiedzy.


Wskazała na Mściwyserca.


Niewiele jednak rozumiem – dodała.


Wojownik fuknął gniewnie.


Wdarłaś się do mojej głowy.


Skuliła się, kąciki ust zadrżały. Westchnął. Wydawała się tak bezbronna i niewinna, że nie potrafił się dłużej złościć. Czuł się nieswojo z myślą, że ktoś mógł poznać jego najskrytsze marzenia, ale jednocześnie wiedział, że nie ma się czego wstydzić. Całe życie postępował zgodnie z Kodeksem Wojownika i w niczym nie uchybił honorowi. Potrząsnął głową i podał dziewczynie kubek. Powąchała nieufnie i upiła łyk.


Herbata – wyjaśnił.


Skinęła i na powrót się uśmiechnęła.


Skoro wiesz o mnie wszystko – powiedział ostrożnie – może pora, bym dowiedział się czegoś o tobie.


Ręka zastygła w połowie drogi do ust.


Nazywam się Aszme. Jestem aniołem – rozpostarła z dumą skrzydła.


Mściwyserc, samir, Mistrz Miecza Cesarzowej – w odpowiedzi złożył zwyczajowy ukłon.


Co tutaj robisz?


Mógłbym zapytać o to samo – uważnie zlustrował wzrokiem Aszme.


Uciekła wzrokiem w bok, w zalegającą poza kręgiem światła ciemność. Długo nie odzywali się, sącząc herbatę. W rękach Mściwyserca kubek wydawał się kruchy, w dłoniach dziewczyny wielki i nieporęczny. Milczenie przerwał Mistrz Miecza.


Przybyłem tutaj śladem krwiożerczej istoty, która omal nie zniszczyła mojego rodzinnego kraju.


Do Demoniszcze trafia wielu obcych. Mówią, że umarli i narodzili się ponownie w naszej krainie. Mam darsiłę, więc kontaktowałam się z przybyszami, wiele się dowiedziałam – pochwaliła się z nutką niepokoju w głosie.


Co się stało w mieście?


Pobladła. Przez chwilę naprawdę wyglądała jak mała, wystraszona dziewczynka. Zniknęła gdzieś hardość i pewność siebie. Odpowiedź nie padła.


Zjedli chleb i ser, które Mściwyserc wyszukał w ruinach. Następnie samir oddalił się od ogniska, by oddać się medytacjom. Wrócił myślami do dawnego życia – służbie Cesarzowej, podążaniu wąską ścieżką wyznaczoną przez kodeks i nakazy honoru. Miał przed sobą jasny cel i wiedział, że nie zazna spokoju, póki go nie osiągnie. Związany przysięgą krwi trafił w miejsce, gdzie Krwiopijca umknął po bitwie. Musiał odnaleźć wroga, zanim ten zorientuje się, że Mistrz Miecza podążył za nim nawet tutaj.


 


3


Aszme przeskakiwała zręcznie po kamieniach, czasem pomagając sobie skrzydłami. Nagle zatrzymała się i utkwiła wzrok w rozpościerającej się z przodu ścianie lasu. Nie odezwała się słowem, od kiedy opuścili spalone miasto. Teraz sprawiała wrażenie zamyślonej.


Mściwyserc zatrzymał się także i odetchnął. Anielica wydawała się nie znać zmęczenia. Od kilku godzin szli równolegle do łańcucha wzgórz na wschodzie. Dzięki treningowi wojownika Mistrz Miecza nie pokazywał po sobie znużenia, ale w rzeczywistości od dawna wypatrywał miejsca na postój.


Dlaczego idziemy tam? – skuliła się, pokazując las.


Nie znam twojego świata – wyjaśnił Mściwyserc. - Wybrałem pierwszy lepszy kierunek, ufając, że przeznaczenie mnie poprowadzi.


Ale tam? - Wojownik dostrzegł na szarej twarzy przestrach. – Dlaczego w stronę Cieniolasu?


Wzruszył ramionami, czego zapatrzona w drzewa Aszme nie mogła dostrzec. Wydawała się toczyć wewnętrzną walkę, kręciła głową, jakby chciała zabić złe wspomnienia.


Cieniolas, Cieniolas – mamrotała pod nosem. – Zgładzić wszystkich, mówili. Cieniolas, Cieniolas.


Jestem zmęczony, zatrzymajmy się tutaj – Mściwyserc usiadł pod wierzbą na zboczu wzgórza i wyciągnął grube nogi. Poruszył paluchem, sprawdzając, czy ma jeszcze stopy. Aszme się roześmiała.


Masz łapy jak niedźwiedź – zachichotała i złapała się za usta.


Podrapał się zakłopotany w ucho – pierwszy raz ktoś się z niego śmiał. Mimo wszystko przyjemnie było słuchać perlistego głosiku dziewczynki. Po chwili roześmiał się do wtóru.


Wszyscy samirowie mają takie – uśmiechnął się i rzucił Aszme pacynek chleba z torby, którą zabrał z miasta. – Zjedz szybko i opowiedz o Cieniolesie.


W mig spoważniała. Chleb gryzła w milczeniu, czasem zerkając na pogłębiającą się z każdą chwilą ciemność między drzewami. Zbliżał się wieczór, słońce zniżało się nad równiną, złocąc łąki i wierzchołki skał. Białe, pociemniałe od dołu chmury na zachodzie unosiły się nisko nad ziemią.


Ubogą kolację popili wodą ze strumyka. Mściwyserc sprawdził bambusową dmuchawkę. Była w doskonałym stanie, chociaż pamiętał, że podczas bitwy upadł na plecy i słyszał trzask pękającego drewna. W Demoniszcze jednak broń najwyraźniej na powrót była cała, podobnie jak jej właściciel. Wiedział, że jutro będzie musiał zapolować, więc posegregował strzałki. Zatrute, oznaczone zielonym piórem, odłożył głęboko na spód mieszka. Mogły przydać się później.


Aszme próbowała łowić rybki w strumyku, ale prychanie i narzekanie dobiegające z tamtej strony wskazywało, że nie odnosiła sukcesów. Wreszcie znudzona usiadła po drugiej stronie ogniska.


Kim jest człowiek, którego szukasz? – zapytała nagle. Odbite płomienie migotały w wielkich oczach.


Myślałem, że wiesz o mnie wszystko – odparł spokojnie Mściwyserc. Nie chciała odpowiadać na pytania, ale nie widział powodu, by czynić podobnie. Jednak tajemnicza siła, która obudziła się w dziewczynce zeszłego dnia, napawała Mistrza Miecza strachem. Szanował magię, ale nie czuł się pewnie w obecności kogoś obdarzonego mocami. U samirów tylko Cesarzowa i Czarewni używali magii.


W dzieciństwie widział sąd nad tkaczem, który dopuścił się czarów wbrew wszelkim zasadom jego ludu. Ogłoszony winnym przebił się sztyletem, przyjmując wyrok z pokorą.


Niewiele – przyznała nagle skruszona Aszme. – Ale gdybym chciała, wiedziałabym więcej. Za krótko badałam – powiedziała, jakby bardziej chciała przekonać siebie niż Mściwyserca.


Wojownik potarł brodę.


Przybył na ziemie samirów czterdzieści lat temu. Był szalarem, człowiekiem o jasnej skórze i skośnych oczach. Nosił miano Dżimara i szybko, dzięki niezwykłym umiejętnościom magicznym i alchemicznym, dostał się w łaski ówczesnego Jego Mości Cesarza Niech Imię Jego Będzie Pamiętane Samira. Stary władca wkrótce we wszystkim ulegał doradcy, a imię Dżimara owiała zła sława.


Zabił kogoś? – zainteresowała się Aszme. Przechyliła głowę i słuchała w skupieniu.


O tak! Wielu ludzi i tahudów zginęło w rytuałach zakazanego czarostwa. Samirowie poczęli szemrać, ale Cesarz znajdował się już całkowicie pod wpływem maga i wkrótce nie było wiadomo, kto włada krajem, Samir czy Dżimar. Coraz straszniejsze wieści dochodziły z dworu, mówiono, że przeciwnicy szalara znikają w tajemniczych okolicznościach. Blady strach padł na wszystkich, a Zakon Wojowników wysłał do Cesarza posłańca, który miał zbadać sprawę.


 


4


 


Samotny mężczyzna przedzierał się przez zaspy, przyciskając do piersi miecz. Oblodzone futro iskrzyło w świetle wschodzącego słońca, kiedy wspinał się wąską ścieżką w stronę białych murów Rogatogrodu. Niknęły na tle ośnieżonych gór i tylko Wieczny Ogień na iglicach znaczył miejsce, gdzie wznosiło się dumnie Siedem Wież. Serce radowało się Mściwysercowi na myśl o ponownym postawieniu stopy w Świętym Pałacu. Za pazuchą trzymał list do niebieskokrwii Szeleściwiatr, przełożonej Zakonu Wojowników, który miał rozkaz dostarczyć jak najszybciej. Kiedy wyruszał w drogę, wyczuwał niepokój starszyzny Zakonu.


Wśród pospólstwa krążyły przerażające opowieści o krwiopijcach i magach panoszących się w Rogatogrodzie. Czy okażą się prawdą? Czy dlatego wysłano go w środku zimy do stolicy? Żeby sprawdził jak się sprawy mają? Nie chciał wierzyć w historie o Czarewnym trzymającym w ryzach Dwór. Trudno było wyobrazić sobie, że takie coś może się wydarzyć u boku Jego Mości Cesarza Niech Imię Jego Będzie Pamiętane Samira.


Zaczął padać śnieg. Białe płatki wirowały w powietrzu i topiły się w parze oddechu. Mściwyserc brnął niezłomnie w stronę Bramy Światła, najbardziej wysuniętego na południe wejścia do fortecy. Kiedy zauważył tamejów, zastygł w bezruchu. Wysocy, chudzi, okutani w czarne szaty stali po obu stronach wrót wsparci na długich włóczniach.


Dlaczego nie strażnicy z Zakonu Wojowników? Co robili ludzie w Rogatogrodzie, świętym mieście samirów? Wysunął do połowy miecz i pewnym krokiem pokonał drogę do bramy, nie odrywając wzroku od nieznajomych.


Nawet nie drgnęli, gdy stanął o krok od wrót.


Przybywam z posłaniem do niebieskokrwie Szeleściwiatr – powiedział, nie patrząc na obcych.


Poruszyli się i bezszelestnie przesunęli ku bramie. Zgrzytnął mechanizm i wrota się rozsunęły. Skinął głową i wszedł do środka, nie oglądając się za siebie. Obecność nieznajomych zakłóciła radość, jaką odczuwał z powrotu do domu. Kiedy ogarnął wzrokiem dziedziniec zjeżyło mu się futro na karku. Warknął. W Rogatogrodzie roiło się od tamejów.


 


(...)


 


Tutaj brakuje fragmentu tekstu – opowieści jak Mściwyserc przed laty odkrywa, że Rogatogród opanowały wampiry i spotka się z Dżamirem Krwiopijcą, znanym później jako Wciemiępręt.


 


5


 


Bębny Piekieliszcza grzmiały triumfalnie. Jadael uderzał ognistym mieczem, zadając śmierć każdym ciosem, ale czerwone ślepia były niezliczone. Zakrwawione pióra wirowały w powietrzu, wolno, jakże wolno w porównaniu do błyskawicznych ciosów miotanych przez demony, piorunów trzaskających z rąk cherubinów, czy tnących do kości szabli i kłujących grotów włóczni walczących po obu stronach ludzi.


Bitwa była przegrana. Trąby Niebiesia zagrały raz i drugi, i trzeci. Archanioł Mael zarządził odwrót. Jadael uniósł się na zbolałych skrzydłach ponad pole bitwy, gromadząc wokół siebie niedobitki. Zielone pola na granicy dwóch krain pokrywał dywan martwych ciał. Zmasakrowane zwłoki demonów, aniołów, wampirów i ludzi – smutna pamiątka krwiożerczego starcia. Niebiesia cofały się za kolejną z bram. Anioły zatrzasnęły wrota, a wybrani strażnicy niczym gargulce zastygli na murach.


Jadael odnalazł Maela na najwyższym barbakanie. Jedno skrzydło archanioła zwisało bezwładnie, bok krwawił, a pobladłą twarz pokrywały ślady demoniej posoki.


Przegramy – wycharczał Mael. Dyszał ciężko.


Jadael rozejrzał się wokół. Byli sami.


Musimy wygrać – powiedział twardo.


Mael potrząsnął głową.


Bez Twórcy przegramy. Jeszcze tylko pięć bram i wtargną w Niebiesia.


Uzbroimy ludzi, wyhodujemy nowe anioły, uda się.


Nie zdążymy, już za późno. Nie widzisz? – Jadael wzdrygnął się pod spojrzeniem przyjaciela. – A kiedy wszyscy zginiemy, może znajdziesz dla siebie zajęcie. Jesteś w końcu Aniołem Zemsty.


Wciemiępręt sprawił dość zła, bym już teraz czuł się zobligowany przebić jego przebrzydłe serce, a truchło wywiesić na najwyższej wieży w Niebiesiech – odparł sucho Jadael.


Może kiedyś tego dokonasz – Mael uśmiechnął się blado. – Ale wpierw zobaczysz nasz upadek.


Nie mów tak. Jesteś Głównodowodzącym naszych armii, a pod nieobecność Twórcy – zawahał się, ale zatopiony w myślach archanioł nic nie zauważył – pełnisz jego obowiązki. Wszyscy patrzą na ciebie, na tobie polegają. Oczekują rozkazów, ale także nadziei i otuchy.


Nie ma nadziei – warknął archanioł. – Właśnie to próbuję ci powiedzieć. Kiedy padnie piąta brama… koniec – głos mu się załamał.


Cherubin stanął na szczycie schodów i odkaszlnął. Patrzył na Anioła Zemsty.


Tak? – zapytał Jadael.


Nadszedł gołąb z posterunku przy Bramie – powiedział.


Przepraszam Maelu, ważne sprawy wzywają – Jadael ukłonił się starszemu rangą archaniołowi i ruszył za posłańcem w dół schodów.


Żegnaj – powiedział zachrypłym głosem Mael. Anioł Zemsty odwrócił się w samą porę, by ujrzeć opadający sztylet. Archanioł wbił sobie ostrze głęboko w serce i upadł na twardą posadzkę jak gołąb z przetrąconym skrzydłem.


W szoku Jadael nie mógł wydobyć słowa z ust.


Wezwij pomoc – wyszeptał wreszcie do płaczącego cherubina, chociaż wiedział, że jest już za późno.




Na tym się urywa.