Tu ma być wstęp ale nie wiem co w nim napisać. Świat K#F# ale to na razie nie istotne.

 


Nie musisz czytać poniższego, prawdę powiedziawszy lepiej byś ściągną i przeczytał ten plik: 

http://dl.dropbox.com/u/2899105/opowiadanie.pdf



Gdy otworzyłem oczy przez głowę przeszły mi trzy słowa: „Boże! Dlaczego? Nie!”. Rozbijały się wewnątrz czaszki aż w końcu ułożyły się w „Dlaczego nie?”, Bóg odszedł; może dlatego, że jestem ateistą? Zaczynał się kolejny dzień.



Zegarek mówił coś innego; to noc się kończyła, dzień nie zacznie się jeszcze przez parę godzin. Dziwiło mnie to, ale tylko przez chwilę. Zgasiłem światło i ległem z powrotem na posłaniu. Słabo sypiam, pewnie dla tego, że się starzeję. Choć nie; prawdę powiedziawszy to starzeje się każdy – a ja już jestem stary. Wtedy dopiero oswajałem się z tą myślą, podobnie jak z tym, że mam pracę do wykonania.



Jestem dziennikarzem branżowym, piszę artykuły do czasopisma o muzyce – przynajmniej tam pisałem wtedy. Gazeta nazywała się „goth or not” i nawet dziś ta nazwa wydaje mi się niewiarygodnie wręcz idiotyczna – pewnie dla tego, że miała taka być. Wydawca, właściciel i dyrektor w jednej osobie zawsze był osobą o naprawdę oryginalnym poczuciu humoru przed którym trudno było uciec lub się schować. Jego dowcip jest jak pocisk kierowany: zawsze cię dosięgnie. Mój szef. I praca do wykonania. Chyba na jutro które jest już kwestią kilku godzin.



Nie mogłem pracować – nawet nie przeszło mi przez głowę by spróbować. Leżałem tylko w przepoconej pościeli czekając na katastrofę. Nie – nie ma mowy, pieprzyć to, idę.



Ubranie leżało na krześle pogniecione, choć równo poskładane. Założyłem je, nie miałem ochoty przeszukiwać szafy w poszukiwaniu czegoś czystego i ładnie wyglądającego. Nie chodziło o to, że to strata czasu – miałem go w końcu aż zbyt wiele. Zupełnie nie widziałem celowości takich działań. Byłem chory, teraz to widzę tak jasno jak tylko można.



Otworzyłem drzwi i wyszedłem na zewnątrz. Korytarz był cichy, pusty i szary jak we śnie. Oświetlenie było przydławione – wciąż nocne. Poza osiedlem będzie to wyglądać to zupełnie inaczej choć co prawda wtedy o tym nie myślałem. Nie przejmowałem się nawet chłodem powietrza.



Nie daleko mojego osiedla była knajpa, nazywała się „Hindenburg”. Zawsze mieli tani syf i pewnie nadal mają. Bar jak arka – zawsze gotowy cię przyjąć, o ile tylko masz dość pieniędzy na kolejkę. Miałem przy sobie portfel, dość lekki ale co z tego? „Hindenburg” był na każdą kieszeń. I pewnie dalej jest.



Wszedłem do środka, było duszno, głośno i znajomo. Z głośników leciała jakaś muzyka, trudna do rozpoznania, ledwo melodyjna ale nie uciążliwa. Zbliżyłem się do baru, bardzo powoli, czując niemal jak sekundy przeciekają mi między palcami. Usiadłem. Barmanka z nienaturalnie powiększonym biustem zapytała co chcę, odpowiedziałem, że to samo co zwykle tyle, że od razu dwa razy. Odeszła, ale już po chwili wróciła z dwiema szklankami.



-To dla ciebie i twojego przyjaciela.



Postawiła obie szklanki z głośnym stukotem, zupełnie nie dbając ani o nie, ani o mnie. Nie zdążyłem się odezwać a już jej nie było. To nie miało dla mnie znaczenia. Nie zwracałem na to żadnej uwagi. Może umykało mi wiele szczegółów ale zupełnie o to nie dbałem. Byłem odrętwiały.



Chciałem wznieść szklankę do ust, nie zdążyłem. Kontem oka dostrzegłem ruch. Ruch był wszędzie ale ten konkretny był znajomy. Zawahałem się. Gdy odezwał się nie miałem już wątpliwości.

-Postawiłeś mi kolejkę? Miło.

Miał na sobie płaszcz z kilkoma wielkimi, brązowymi plamami. Sam płaszcz też był brązowy więc może sądził że nikt nie zwróci uwagi? Był wysoki, kołysał się lekko nawet gdy tylko stał tuż przede mną, może chciał „poczuć rytm” a może wypił już o jednego drinka za dużo? Spojrzenie miał nieobecne, jak gdyby patrzył zafascynowany na jakąś laskę – więc może faktycznie wypił już trochę bo ja nie potrafiłem dostrzec niczego i nikogo pociągającego.



To był mój znajomy. Właściwie dawny przyjaciel. Pracował jako reporter, później zniknął i słyszałem, że został korespondentem wojennym. On sam nie powiedział ani słowa, nigdy nie był szczególnie rozmowny. Może stał tam tonąc i postanowił uciec jak najdalej licząc na to, że znajdzie jakiś brzeg. A może był tylko głupi? Skąd mam wiedzieć?



Odstawiłem szklankę i skinąłem do niego dłonią. Nie zareagował więc odezwałem się.

-Pewnie. Co u ciebie?

-Szukam pracy.

Mruknąłem uprzejmie i z zaciekawieniem. Niech on już odejdzie. Nie ma szans. Wziął moją szklankę i wpatrywał się w nią przez chwilę – bez namiętnie. W końcu spojrzał też na mnie. Jego oczy były bardziej szare niż je zapamiętałem. Nie wpatrywał się długo, odwrócił się i pociągnął łapczywy łyk.

-Tutaj nie znajdziesz pracy, a już na pewno nie o tej godzinie.

-Wiem.

Nie mówił nic więcej. Siedział tylko tak sprawiając wrażenie ledwo przytomnego. Był na pewno bardzo zmęczony, może też odurzony Bóg wie czym.

-Jakiej pracy szukasz? Chcesz pisać?

-Mam artykuły na sprzedaż.

-Dobre?

-Przeciętne.

-O czym?

Zastanawiał się przez chwilę, próbował sobie to przypomnieć. Szukał w pamięci jak w zagraconej szufladzie.

-O tych nowych pancernikach z serii Europa.

-Monachium i Paryż?

-Tak.

-Nikt tego nie kupi, nikogo to nie interesuje. Wojna nie jest nośnym tematem.

-Mam też artykuł o... nazwałem go „Zabawa w przeznaczenie”.

To brzmiało lepiej. Tytuł był intrygujący, ładnie prezentowałby się w nagłówku.

-O czym?

I wtedy zaczął mówić. Powoli, z ociąganiem, zastanawiał się nad każdym słowem jak gdyby mierzył się z czymś podstępnym i niebezpiecznym.


***

 

Jego historia wydała mi się najpierw błaha, następnie bezsensowna a w końcu jedynie dziwna. Nie rozumiałem dlaczego napisał coś na kształt wywiadu z samym sobą, zresztą nigdy go do końca nie rozumiałem. Był dziwakiem.



Opowiadał o tym jak po miesięcznym pobycie na planecie wrócił do Noatun. Mówił, że cieszył się z wypłaty. Nie obchodziło mnie to.



Sączył powoli drinka. Myślał.



Opowiadał o tym, że chciał odszukać Lisicę. Przez długą chwilę starałem przypomnieć sobie kogo miał na myśli a gdy w końcu z moich wspomnień wynurzyła się twarz rudowłosej kobiety o drwiących, błyszczących oczach zupełnie nie wiedziałem co mogło łączyć tych dwoje. Byłem ciekaw, ale tylko słuchałem – nie zadawałem pytań.



Może zgubił wątek a może walczyć z jakąś częścią siebie – milczał nie pozwalając zgadnąć o co chodzi. Zapytał czy moglibyśmy wyjść na zewnątrz a ja zgodziłem się bez chwili wahania.



Szedł a ja krok w krok razem z nim.



Powiedział, ze w końcu wpadł na jej ślad. Użył dokładnie tego sformułowania a ja dodałem do tego jakiś marny dowcip o polowaniu w lesie; takim z hartami w nagonce, myśliwymi na koniach chcących dopaść lisa zanim ten skryje się w norze. Nie zaśmiał się, wcale mnie to nie zdziwiło. Musiałem go przeprosić by zaczął mówić dalej.



Lisica mieszkała razem z nastoletnią dziewczyną – małą, chudą i raczej brzydką. Wiedział to bo obserwował przez jakiś czas nowe mieszkanie rudej. Zastanawiałem się dlaczego urządzał te podchody ale nie przerywałem mu pytaniami. Pozwoliłem mówić mu wciąż w ten sam sposób; powoli i bez okazywania emocji – jak gdyby chciał mi za wszelką cenę pokazać, że nie obchodzi go moje zdanie.



W końcu postanowił więc zrobić coś poza patrzeniem. Zdecydował, że musi porozmawiać z małą. Idiotyzm – to nie jej w końcu szukał. Znowu zachowałem swoje zdanie tylko dla siebie – nie sądzę zresztą by przejmował się moją opinią – jednak był dość skuteczny w tym swoim suchym tonie godnym biuletynu informacyjnego.



Mała powiedziała mu, że jest współlokatorką – dokłada się do czynszu dla Lisa. Myślę, że go to zaskoczyło, ale wtedy nie pokazał niczego po sobie. Może nabrał już dystansu a może spodziewał się już wszystkiego po zupełnie nie przewidywalnym świecie.



Spytałem czy wie gdzie pracowała mała. Jeszcze tylko jedno słowo w odpowiedzi; UNDERTOWN i wszystko stało się banalnie jasne. Tytuł jego artykułu był tak nachalnie wymowny, że trzeba było być kompletnym głupcem by nie domyślić się ciągu dalszego. Przerwałem mu więc.

-Słuchaj ten artykuł jest nie do sprzedania.

-Dlaczego?

Zapytał. Denerwował mnie.

-Dlatego, że to wydawnicze samobójstwo.

Wkurzało mnie jego zachowanie, jego obecność a nade wszystko jego dziecinna ignorancja. Mówiłem jednak spokojnie. Przynajmniej próbowałem.

-Nikt tego opublikuje bo UNDERTOWN zatopi każdego kto spróbuje opublikować wywiad z jednym ze scenarzystów, zrozumiano?

-To nie jest wywiad z...

Nawet nie przeszło mi przez myśl by pozwolić mu dokończyć

-A kogo to obchodzi? Mnie? Raczej nie. Myślisz, że ktoś zechce zrobić krok w kierunku pewnych i do tego poważnych kłopotów? Bo ja sądzę, że raczej nie i powiem ci coś jeszcze: to ja mam rację.



Teraz najwidoczniej obraził się na mnie. Nikt nie obrażał się w tak zrezygnowany i żałosny sposób jak on. Powiedziałem mu by po prostu stąd zmiatał. Odszedł bez słowa.



Parę godzin później byłem u tej którą kiedyś nazywaliśmy Lisicą. Nie tłumaczyłem się nawet przed samym sobą, zaskoczyło jedynie mnie to, że będę postępował tak samo bezsensownie jak on. 




-Czy teraz czujesz się już dobrze?

Zupełnie nie zrozumiałem o co jej chodzi.

-Mówiłeś, że byłeś chory.

Faktycznie, mówiłem. Mam wrażenie, że było to bardzo dawno temu. Skinąłem głową w odpowiedzi.

-Ale dalej wyglądasz na zmęczonego.

-Raczej na niewypoczętego. To pewna różnica.

A jak wyglądała ona? Ścięła krótko włosy a nawet więcej – ufarbowała je na czarno. Wyglądała młodo i sprawiała wrażenie jak gdyby jej młodość miała trwać wiecznie – nie postarzała się w widoczny sposób. Nawet spojrzenie miała wciąż te same. Siedziała tam ubrana w lekką, podniszczoną pidżamę.

-Sama wiesz – minuty ciągną się jak całe życie gdy czuję się w ten sposób. 

-Często cytujesz piosenki Led Zeppelin?

-Tak, o ile cytaty są celne.

Prychnęła śmiechem. Wychyliła się do tyłu a następnie opadła do przodu opierając łokcie o blat stołu a brodę o nadgarstki.

-Wspominałeś, że to on jest dziwakiem?

Uśmiechnęła się. Miała ładny uśmiech i gładką szyję.

-Chciałam zapytać czy czujesz się lepiej dzięki mojej obecności, ale są ważniejsze rzeczy. Teraz to ty będziesz słuchać mnie.

Wiedziałem, że będę. Powiedziała to z mocą której trudno się było oprzeć. 

 




Nie robię teraz niczego. Nie dla tego, że jestem leniwa – jedynie czuję się leniwa. To pewna różnica. Czasami trzeba odpocząć by nie marnować swojego życia. Wszystko przez chwilę powinno być nieco wolniejsze niż normalnie. Dobrze jest poczuć się leniwą.



Przeciągnęłam się wyrzucając ramiona do góry. Poczułam ciepło własnego ciała i chłód powietrza. Wciąż zastanawiam się dlaczego nie urodziłam się kotem a na myśl nasuwa mi się jeden powód: nie lubię smaku surowej ryby.



To właśnie tak się czułam. Chyba rozumiesz?



Nauczyłam się nie pamiętać zbyt wiele – zapominam wiele rzeczy i wcale za nimi nie tęsknie. Nie pamiętam człowieka o którym mówiłeś, nie pamiętam ciebie. Lubię zmiany.



Nigdy nie wstaję rano, zaraz po przebudzeniu. Przez pewien czas jeszcze wciąż chwytam resztki snów starając się zapamiętać tych kilka wyblakłych obrazów odrobinę dłużej lub, czasami zapomnieć to co niewygodne.



Miałam sen w którym czułam ucisk na dłoniach, jak gdyby ściśnięte imadłem. Nie mogłam ich unieść, mogłam rozprostować palców ale nie czułam bólu. Rozumiałem, że nie potrzebuję dłoni, mogę żyć nosząc kamienne protezy. Wszystko było tak jak powinno być od zawsze, w porządku.



Mała wstawiała kiedy jej się podobała i kładła się spać gdy poczuła się sennie. Ignorowała zegar kolonii. Nieraz była na nogach kilkadziesiąt godzin bez przerwy a później spała parę dni. W pracy i tak się tym nie przejmowali – pilnowali tylko by robiła swoje. Bardzo dobrze – w końcu ktoś powinien pracować i zarabiać jeśli Lisica ma wolne.



Nie wiem czy miewa sny. Chyba mnie to nie obchodzi.



Czy chcesz wiedzieć dlaczego Lisica ma wolne? Powód jest prosty; straciłam pracę. Gdybym ją miała pracowałabym w niej, jeszcze raz zaprzeczam wszelkim podejrzeniom o lenistwo. Teraz jednak nie pozostaje mi nic innego jak tylko... odpoczywać. Nie robić hałasu. Nie pokazywać się bez powodu. Jakiś rodzaj izolacji. Chyba trochę dziwaczeje, ale to też mnie nie obchodzi.



Wróćmy do małej, to o nią ci chodzi – tak przynajmniej mi się wydaje. Nie sprawiasz wrażenia pewności co do własnych celów. Jestem ciekawa czy to tylko moje wrażenia, a może kryje się w tym coś nieco głębszego...



Tak, wiem, że pracuje w undertown – nie dowiedziała się tego jednak natychmiast. Swojego czasu wystawiłam jedynie ogłoszenie nie licząc zbytnio, że ktokolwiek okaże się zainteresowany a gdy okazało się, że jednak byłam w błędzie zaskoczenie wzięło górę – przez pewien czas z otwartymi ramionami przyjmowałam rzeczywistość nie przyglądając się jej przy tym zbytnio, jak gdybym bała się, że jest to sen który może stracić cały urok gdy poznasz go zbyt mocno. Opowiadałam ci ten sen...? Nie ważne.



„Nie ważne.” Miałem inne zdanie na ten temat.

***

-Do czegoś zmierzasz – nie wiem tylko do czego.

Uśmiechnąłem się do niej ale Lisica wpatrywała się jedynie we mnie, lub może raczej za mnie. Miała szkliste, błyszczące oczy. Po chwili wiedziałem już; patrzy teraz jedynie na swoje myśli, może usiłując rozszyfrować ich znaczenie - znaleźć wyjście z labiryntu który stworzyła tylko po to by się w nim zgubić.

-Oczywiście, że nie wiesz. Nie pozwoliłeś mi dokończyć.

Jej głos brzmiał bardzo miękko ale przy tym upominająco. Jak gdyby była przedszkolanką.

-W takim razie czy wyjawisz finał?

Jej twarz była czysta, pozbawiona wyrazu, pusta. Nie kryło się za nią już nic, żadnego asa w rękawie.

-A czy to ważne?

Dziwne ale przez krótką chwilę pomyślałem o niej jak o dziecku które nie rozumie tak wielu oczywistych rzeczy. Ignorancja i arogancja w odpowiedzi – wszystko w doskonałej harmonii. Jacy oboje jesteśmy beznadziejnie głupi.

-Powiem tak; „teraz już nie wiem”.

To była prawda, ale ona w odpowiedzi jedynie się skrzywiła. Podniosła głowę, rozmasowała nadgarstki, splotła palce trzymając ręce przed twarzą niczym ścianę fortecy. Spoglądała znad swoich dłoni.

-Teraz już widzę, że było ważne.

-Gdzie widzisz?

-Przede mną.

Zaśmiała się, ale tylko na chwilę choć po niej znowu była tą samą osobą. Przynajmniej w moich oczach, ale przecież wszystko jest kwestią jedynie percepcji.

Co nie zmieniało faktu, że wszystko rozkładało się, rozpadało i zmierzało na ślepo w stronę jakiegoś zupełnie głupiego, nieistotnego końca.



W międzyczasie jednak, po drodze, miało wydarzyć się jeszcze tyle rzeczy. Koniec był nieunikniony – ale wciąż odległy.

 


Lisica nie przejmowała się wieloma rzeczami, pewien rodzaj niedbalstwa leżał w jej naturze a zawsze postępowała zgodnie ze swoją naturą, jak gdyby wiódł ją pierwotny instynkt który darzyła zaufaniem graniczącym z wiarą. Była swoją własną religią i boginią ale nie próbowała nikogo nawracać, poglądy otoczenia na temat swojej osoby przyjmowała z przyjazną obojętnością, nie poświęcając im większej uwagi. Była dumna w bardzo kobiecy sposób, tak jak wąż mógłby być dumny ze złotego koloru własnej skóry.



W miarę gdy poznawałem ją lepiej czułem, że moja percepcja zdrowieje, jak gdybym wychodził powoli z kłębu gęstego dymu. Dzień po dniu widziałem coraz więcej. Choćby współlokatorkę.



Nie potrafię powiedzieć ile ma lat. Rzadkie włosy z pod który prześwitywała skóra tak biała, że przypominająca kość. Jej oczy były wiecznie podgrążone. Wyglądała jak upiór który powstał z grobu by nękać żyjących. Czarna magia ożywiła to dziecko by użyć go w celach znanych jedynie diabłowi który przyglądał się teraz, wczoraj i będzie się gapić tak długo jak tylko będzie miał ochotę obserwować swoje dzieło wypełniające jego wolę.









 

cdn.